Na Grzegorza Gajka trafiłem podczas przygotowań do antologii „Halloween – Wioska Przeklętych”. Jego opowiadanie było pierwszym jakie przeczytałem i od tego momentu stała się rzecz, której nie znoszę - autor oczarował mnie swoim językiem i stałem się fanem jego twórczości. Nie minęło wiele czasu a dowiedziałem się, iż człowiek ten w najbliższym czasie wydaje swoją debiutancką książkę! Musiałem ją mieć!
Parę dni temu książka dotrała do mnie do Pragi (więc Gajka już czytają za granicą! :-)) i od razu zacząłem jej się przyglądać. Jak każda książka, tak i ta podlega mojej obserwacji, jestem czytelnikiem wymagającym, kocham książki dlatego muszą nie tylko coś w sobie zawierać ale powinny również wyglądać.
Książka o budzącym ciekawość tytule „Szaleństwo przychodzi nocą” ma świetną okładkę, to trzeba przyznać, do tego okładka ta jest matowa więc dobrze się ją trzyma w ręce, jest po prostu przyjemna w dotyku (podobają mi się te nowoczesne pomysły na dobre książki). Papier o idelanej dla oczu barwie, sama książka wielkością bardzo dobrze nadaje się do czytania i trzmania w rękach, lekka i ogólnie sprawia estetyczne wrażenie.
Autor przedstawia historię Stańka, starca któremu umarła żona. Bohater jako dziecko przeżył coś dziwnego: napotkał na przedwieczne zło. Po sześćdziesięciu latach, choć wszystko się zmieniło, koszmar z dzieciństwa znowu się przebudził i daje o sobie znać. Zagrożeni są wszyscy, których Staniek kocha. Zło może pochłonąć każdego...
Teraz wszystko zaczyna się od nowa i razem z bohaterem musimy stawić czoła przeszłości.
Zasiadłem do czytania, jak zawsze sceptycznie (na pierwszej stronie jestem nieufny) i zagłębiłem się w lekturze. Pierwsza strona poszła gładko, ale już druga nie. Czemu? Ponieważ druga wciągnęła mnie do świata sworzonego przez pisarza. Po paru kolejnych stronach czytałem z zaciekawieniem a atmosfera książki zaczęła na mnie po prostu działać. Przyszła ciekawość, zadawałem sobie pytania o co w tym wszystkim chodzi a sam tytuł nieustannie chodził mi po głowie. Jeszcze nigdy wcześniej nie czytałem książki o tak frapującym tytule.
Kolejne strony mnie wciągały coraz bardziej. Świetne dialogi i bogate słownictwo autora znalazły uznanie w moich oczach. Znajdziemy tu silniejsze słowa i określenia, które muszą tak czy tak czytelnika doprowadzić do śmiechu (lubię przekleństwa, niestety, działają na mnie odprężająco). Jako kolejny dodatek mamy tu jeszcze dowcip, której dawki nam autor nie oszczędza.
Czynnikiem dodatnim tej powieści jest to, że napisano ją czystym i świetnie nadającym się do czytania językiem. Dobra książka musi nas oczarować nie tylko fabułą; ważna jest tutaj również umiejętność autora do perfekcyjnie układanych zdań. To się udało na szóstkę.
Największym plusem powieśći jest jednak sam autor: młody człowiek pasjonujący się litaraturą, który sam napisał powieść i tak stał się częścia nieginącego w umysłach ludzkich świata. Stał się pisarzem. Od lat jestem zdecydowanym zwolennikiem polskiej literatury, szczególnie zaś nowych talentów, którym powinno się dawać szansę i którzy powinni pokazać że są, że potrafią, że MOGĄ! Bo naprawdę mają wiele do napisania, przewyższając często autorów dobrze promowanych na zachodzie.
Polecam!
Andrzej F. Paczkowski
niedziela, 27 stycznia 2013
sobota, 5 stycznia 2013
Teraz rozumiem swoją matkę
W sieci pojawiła się recenzja mojej najnowszej powieści "Teraz rozumiem swoją matkę". Z chęcią polecam jej przeczytanie, z wielkim zaciekawieniem zapoznałem się z nią parę razy i muszę stwierdzić, że teraz patrzę na książkę zupełnie inaczej: wzrokiem czytelnika.
Dziękuję autorce recenzji.
Podaję linka do recenzji:
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/160657/teraz-rozumiem-swoja-matke
Dziękuję autorce recenzji.
Podaję linka do recenzji:
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/160657/teraz-rozumiem-swoja-matke
piątek, 4 stycznia 2013
Pani na Hruszowej
Na książkę pani Sirmunttówny wpadłem przeglądając strony katalogu Weltbilda. Od razu zapaliła się we mnie chęć posiadania: tę książkę muszę mieć!
Dzięki Dobrej Duszy, książka pokonała drogę z Polski aż do Czech i tym oto sposobem zostało mi podarowane jedno z najpiękniejszych przeżyć, jakich się nie spodziewałem, ponieważ nie wiedziałem, że wspomnienia tak bliskiej Rodziewiczównie osoby, zostały wydane w formie książkowej.
Książka pięknym językiem tamtych czasów opowiada nam o życiu tej wyjątkowej autorki, która już za życia stała się sławna na całą Polskę, do której pisał sam Sienkiewicz i która miała serce wielkie jak świat. Na łamach książki wyłania się osoba dobra i wierząca, którą wszyscy kochali i która pozostawiła nam w spadku to wszystko najlepsze co miała: siebie, swoje dobro, czystą naturę i wiarę w dobro.
Jestem wielkim fanem Rodziewiczówny, zbieram jej książki, chcę o niej wiedzieć jak najwięcej.
Przyznam, że ciężko mi przyszło czytać koniec książki. Żal mi było przejść i złego traktowania Rodziewiczówny w taki sposób przez wojnę. Autorka przylgnęła do mojego serca od pierwszej książki (Wrzos) i teraz, czytając jej ostatnie momenty, płacze to moje zwariowane serce!
Kiedy tak sobie myślę, nagle przypominają mi się zasłyszane niedawno gdzieś słowa, że dostajemy od życia to, na co sobie zasłużyliśmy. To znaczy, jeśli we wcześniejszych życiach czyniliśmy dobro, w którymś z kolejnych otrzymamy zapłatę. Widocznie Rodziewiczówna wiele tego dobra uczyniła, ponieważ przez całe jej życie spotykała na swojej drodze tylu dobrych ludzi, potrafiących dla niej uczynić wiele, jakkolwiek znowu jej koniec nie należał do najlepszych, ale bez dobrych ludzi jej życie mogłoby się skończyć o wiele gorzej i znacznie szybciej.
Wielce utożsamiam się z jej ostatnimi słowami: „Pamiętaj jedno, nie, nie i jeszcze raz nie”. Taka według mnie jest Polska, taki od urodzenia jestem ja i te słowa noszę w sobie od początku, jakby zakodowane gdzieś w głębi duszy.
Taka też była Rodziewiczówna a zrozumieją słowa ci, którzy przeczytają.
A kiedy rozmawiam o tym z jakimkolwiek Czechem... no cóż, jeszcze żaden tego nie zrozumiał i chyba nie zrozumie nigdy, inna mentalność człowieka.
środa, 28 listopada 2012
Atma - Maria Rodziewiczówna
Doczytałem kolejną książkę Rodziewiczówny i tym razem nie napiszę o niej nic, prócz cytatu z książki, który powie nam o niej wszystko a który bardzo mi się spodobał, bo do dziś jest żywy.
"A od Boga trzeba wszystko wdzięcznie przyjąć, choć zda się nam złe, ale On tylko dobre daje, ino poczekać, pocierpieć, a okaże się, że dobre."
Bo czyż taka nie jest prawda?
Polecam każdemu, książka jak zwykle niezapomniana.
"A od Boga trzeba wszystko wdzięcznie przyjąć, choć zda się nam złe, ale On tylko dobre daje, ino poczekać, pocierpieć, a okaże się, że dobre."
Bo czyż taka nie jest prawda?
Polecam każdemu, książka jak zwykle niezapomniana.
piątek, 26 października 2012
Czarownica - Anna Klejzerowicz
To
nie jest recenzja a moje odczucie na temat książki:
Po
książkę Anny Klejzerowicz „Czarownica” sięgnąłem z wielu
powodów. Po pierwsze: okładka mnie powaliła na kolana, po drugie:
chciałem wiedzieć jak pisze kobieta, która wcześniej napisała
parę kryminałów a teraz zmieniła kierunek.
Z
początku książka wydała mi się taką sielanką w stylu „Nigdy
w życiu” (już po wybudowaniu domu), z tym że teraz to nie żadna
Judyta w niej występowała i przede wszystkim nie była to kobieta
(w większości to one grają pierwsze skrzypce) a Michał, facet,
który pewnego dnia zostaje zauroczony wsią, oraz kobietą
mieszkającą w małym, dziwnym domku.
Historia
na pierwszy rzut oka może banalna: ja przyjadę na wieś, ty
zakochasz się we mnie, ponieważ ja kocham ciebie już od dawna,
razem wybudujemy dom i będziemy żyli szczęśliwie niczym w bajce.
A jednak nic banalnego na stronach tej książki nie znalazłem.
W
miarę czytania opowieść wciąga czytelnika coraz bardziej. Kiedy
sytuacja zaczyna się komplikować, zaczynamy żyć historią opisaną
na kartach tej magicznej książki.
Z
opowieści czuć tchnienie wielkiej miłości autorki do zwierząt a
przede wszystkim do kotów. Ostatnio szedłem sobie przez Pragę i
nagle patrzę a tu w oknie, tuż na wprost mnie, siedzi sobie szary
kot i przygląda mi się ciekawie, lekko przechyliwszy głowę.
Stwierdziłem ze śmiechem, że koty właściwie niczym nie różnią
się od ludzi: i my przesiadujemy w oknach i obserwujemy co się za
nimi dzieje na naszej ulicy... W książce tej mamy wiele pięknych
przykładów zachowań tych mądrych zwierząt, które potwierdzają
moje spostrzeżenie, które zna od zawsze cały świat. Dziwię się,
ponieważ dziwi mnie wszystko, nawet padający deszcz czy wyrosła
marchewka dopiero co wyrwana z ziemi. Zresztą, wydaje mi się że
Autorka sama kiedyś (w innym życiu) musiała być taką kotką,
Annuszką może nazwaną...
W
miarę czytania przepadłem kompletnie, zakochałem się do książki
i do bohaterów a kiedy jeszcze potem nastąpiła „ta” sytuacja z
psem, czułem jak mi bije mocno serce. Też kiedyś byłem w podobnej
sytuacji i choć tu kończy się wszystko dobrze, u mnie było na
odwrót...
Nie
żałuję, że sięgnąłem po książkę, warto było przeczytać tę
opowieść i wydać kasę na polskiego autora. Najbardziej kojarzy mi
się z nią słowo: ciepło. To miła, sympatyczna książka, ciepła,
kolorowa, barwna, świeża, pachnąca wsią. Uwielbiam wieś, kiedyś
będę miał domek w takim miejscu i parę zwierząt, ogród... To
pozytywna i doskonale skrojona opowieść o ludzkich losach i
kręcących się obok nas zwierząt. Przecież wszyscy, jak nam
ukazuje Autorka, jesteśmy jedną częścią: pochodzimy z tego
samego świata i każdemu dane jest przeżyć to życie w swój
sposób...
Zdecydowanie
polecam i, niestety muszę przyznać, że jestem zmuszony sięgnąć
po inne książki Anny Klejzerowicz.
czwartek, 11 października 2012
Książki do szuflady!
Moje nowe książki, pochodzące z ostatnich miesięcy, leżące jak śledzie w szufladzie:
Melancholii
Ta głupia
Na złość
Teraz rozumiem swoją matkę
Przeklęty las
Latarnia morska...
Aktualnie pracuję nad:
Pełnią
Hybrydą
Krwawym deszczem
W kolejce czeka 20 kolejnych do napisania...
A szuflada się zapełnia... haha.
I jak tu przestać pisać?
Melancholii
Ta głupia
Na złość
Teraz rozumiem swoją matkę
Przeklęty las
Latarnia morska...
Aktualnie pracuję nad:
Pełnią
Hybrydą
Krwawym deszczem
W kolejce czeka 20 kolejnych do napisania...
A szuflada się zapełnia... haha.I jak tu przestać pisać?
wtorek, 9 października 2012
Miał być koniec...
Dziś postanowiłem zaprzestać pisania... nie bloga oczywiście, ale swoich nowych powieści.
Ostatnimi czasy mam nawał pracy, czas zaczął galopować tak prędko, że nie mam czasu nawet się obejrzeć za siebie. Wszystko się zmienia, może i ja się zmieniłem.
Dziś przyszedłem do pracy i ot, tak sobie, rozwinąłem konwersację z kolegą o końcu świata. Od tego tematu przeszliśmy do zupełnie innego i tak powstała moja nowa książka, której jeszcze nie ma ale gdzieś tam już istnieje. Moja ostatnia pewnie, ale zawsze może być najlepsza.
I tak dziś powstał prolog do Pełni. Książka będzie zwariowana i zupełnie inna od tego co dotychczas napisałem, jestem ciekawy co z tego wyniknie. Powstał nowy świat, bohater nie wie, że jego dotychczasowy świat to już nie taki sam świat a jeszcze wszystko to, co było wczoraj, dziś już odeszło w zapomnienie i nigdy nie wróci. Pojawią się ci, nzawijmy ich na razie aby zbyt wiele nie zdradzać, Inni, a potem okazuje się, że są jeszcze Tamci. A wszystko to toczy się w blasku księżyca. Bo właśnie nastała pełnia ale nie taka pełnia jaką wszyscy mają na myśli...
Wampiry? Wilkołaki? Potter? Nie... coś jeszcze lepszego!
Na pewno Was zaskoczę!
Ostatnimi czasy mam nawał pracy, czas zaczął galopować tak prędko, że nie mam czasu nawet się obejrzeć za siebie. Wszystko się zmienia, może i ja się zmieniłem.
Dziś przyszedłem do pracy i ot, tak sobie, rozwinąłem konwersację z kolegą o końcu świata. Od tego tematu przeszliśmy do zupełnie innego i tak powstała moja nowa książka, której jeszcze nie ma ale gdzieś tam już istnieje. Moja ostatnia pewnie, ale zawsze może być najlepsza.
I tak dziś powstał prolog do Pełni. Książka będzie zwariowana i zupełnie inna od tego co dotychczas napisałem, jestem ciekawy co z tego wyniknie. Powstał nowy świat, bohater nie wie, że jego dotychczasowy świat to już nie taki sam świat a jeszcze wszystko to, co było wczoraj, dziś już odeszło w zapomnienie i nigdy nie wróci. Pojawią się ci, nzawijmy ich na razie aby zbyt wiele nie zdradzać, Inni, a potem okazuje się, że są jeszcze Tamci. A wszystko to toczy się w blasku księżyca. Bo właśnie nastała pełnia ale nie taka pełnia jaką wszyscy mają na myśli...
Wampiry? Wilkołaki? Potter? Nie... coś jeszcze lepszego!
Na pewno Was zaskoczę!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





